Wyborna maść propolisowa, którą każdy w domu zrobić może

Ktoś ze starszego pokolenia mówił mi żartem, że w latach 40-50. istniał genialny patent na opalanie skóry „na heban”. Należało mianowicie wysmarować się ropą naftową i wystawić na słońce. Efekt murowany.

Żarty żartami, ale gdy czytam zawartość kremów używanych przez nasze panie, żal mi się ich robi. Paraffinum liquidum, paraffin oil, liquid paraffin, paraffinum perliquidum, oil mist, oil mist, mineral oil mist, mineral, mineral oil hydrocarbon solvent, petroleum, saturated paraffin oil, white mineral oil, white mineral oil mist, hydrocarbon oils, petroleum hydrocarbons, paraffinic, olej parafinowy, parafina ciekła, parafina płynna, vaselin, wazelina (cytat za snobką). Są to właśnie pochodne ropy naftowej. Do tego dziesiątki innych składników, w tym konserwantów, podczas gdy maści robione domowym sposobem są w zasięgu ręki… Odnoszę wrażenie, że nawet te najtańsze kremy „sklepowe” nie są warte swej ceny.

Tu i ówdzie czytam pszczelarzy, którzy do sporządzenia maści propolisowej zalecają użycie wazeliny. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to zastąpić wazelinę przemysłowym smalcem i taka też była pierwsza wersja kremu. Wiem, zaraz usłyszę, że do smalcu dodają… tego i owego. No ale to tytułem eksperymentu – jak ktoś chce robić w smalcu gęsim, to niech go sobie sam wytopi.

Przeto rozpuściłem 1/8 kostki smalcu w emaliowanym kubku, zanurzonym w rondelku z gorącą wodą, która przed chwilą wrzała, dodałem pół naparstka wytrawionego w alkoholu (spirytus pół na pół z wódką), gęstego propolisu, wyjąłem kubek z rondelka i dobrze wymieszałem. Następnie wlałem to do plastikowej miseczki po sklepowym humusie a la pasztetowa, a po ostudzeniu wstawiłem do lodówki. Maść podczas mrozów dobrze przysłużyła się moim popękanym od pyłu węglowego rękom i mój pies nagle pokochał mnie bardziej, niż zwykle. Musiałem mu oddać resztę smalcu, którą starannie i ochoczo wysmarował swoje nienasycone wnętrzności…

Tu jedna uwaga. Propolis trzeba wytrawiać przez miesiąc. Do słoika byle jakiej wielkości wsadzamy kit pszczeli prawie po sam czubek i to zalewamy wódką pół na pół ze spirytusem po sam czubek. Po miesiącu zlewamy część płynną do buteleczki. Pozostałości (fusy) możemy jeszcze zalać denaturatem i używać część płynną choćby do konserwowania niektórych części ula. Pszczoły kochają zapach propolisu, ale ubocznym efektem jest zwiększona skłonność do rabunków, więc lepiej odczekać aż zapach nieco zwietrzeje…

Wróćmy jednak do kremu. Do drugiej wersji kremu na smalcu dodałem odrobinę wosku i uzyskałem coś w rodzaju pasty do butów, ale nawet do butów się ona nie nadawała. Położyłem ją na kaloryferze, myśląc, że stopnieje. Nie stopniała… Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy nie dałoby się robić węzy na smalcu… (dla niewtajemniczonych: węza to jest to, co pszczelarze wprawiają w ramki pszczele, żeby pszczoły ładnie odbudowały plastry z komórkami pszczelimi, a nie trutowymi).

Do trzeciej wersji kremu użyłem oliwy. Usłyszałem wiele zaklęć o tym, że to – o nie – niemożliwe! Bo przecież oliwa nie zgęstnieje. Nie słuchając jednak tych biadoleń włożyłem do kubeczka kawałek plastra jasnego wosku – tyle co przykrywa cztery pięciozłotówki (nie mam pojęcia ile to waży!). Stopiłem znów w ten sam sposób i dodałem może ¼ szklanki oliwy, a może mniej – sami znajdźcie własne proporcje. Do tego pół naparstka propolisu. To wszystko znów przelałem do plastikowej miseczki po humusie i po ostudzeniu – do lodówki.

Krem – cudo. Wnet wypróbowałem go na całym ciele, z wyjątkiem oczu. Efekty – obiecujące… powiem to jak w reklamie: skóra robi się jedwabiście gładka, przyjemny, kojący, łagodny zapach… etc. Nie twierdzę, że to wygładza zmarszczki, ale zdaje się, że drobinki wosku nieco je zacierają wizualnie. Ewidentnie także krem łagodzi, a wręcz likwiduje rozmaite podrażnienia i egzemy. Zdaje się, że i w cubiculum taoisticum znajdzie niemało zastosowań… 😉

W czwartej wersji użyłem oleju winogronowego zamiast oliwy. Gdziesik czytałem, że wszystkie części winorośli mają działanie bakteriobójcze. Nie wiem, czy przemysłowo produkowany olej winogronowy również je zachowuje, ale co szkodzi spróbować? Zamiast kupować i wazelinę, i olej, można kupić tylko olej, który można przecież zjeść, a wazeliny nie można… A propos jedzenia, zastanawiam się, czy mój krem nie jest przypadkiem lekarstwem na wrzody. No ale tu już zalecałbym skonsultowanie się z jakimś mądrym doktorem, bo propolis może być spożywany tylko w minimalnych dawkach!!!

Kolejnym etapem eksperymentu powinno być przejście z oleju przemysłowego na olej zimnotłoczony we własnym zakresie. Do tej pory robiłem olej ze słonecznika, nieco z dyni i maku. Ale oleje te mogą być łatwo psujne, że tak powiem. Najbardziej obiecującą rośliną oleistą wydaje się być dereń oraz czeremcha amerykańska – epidemicznie występująca na nieużytkach roślina inwazyjna. Posiada ona smaczne owoce (próbowałem!) chętnie zjadane przez ptaki. Nie opracowałem jeszcze metody suszenia tych owoców. Wydobycie samych pestek jest trudne, bo owoc jest mały, niepozorny, łatwo a obficie puszcza sok. Trzeba by go więc wysuszyć i w ten wysuszonej formie rozgnieść, a następnie wytłoczyć olej. Jak czytałem, cała czeremcha ma wybitne właściwości bakteriobójcze i grzybobójcze, więc i olej powinien je posiadać. Więcej informacji podałem na stronie olejraz.

I to tyle, Drogie Panie. Zdrowa skóra w zasięgu ręki!

Jakub Brodacki

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.